your movie guide

CANNES 2016 (ODCINEK 4): PARK CHAN-WOOK, ARNOLD, DI GIUSTO, SANG-HO



THE HANDMAIDEN
reż. Park Chan-Wook
Konkurs Główny

Czytając "Złodziejkę" Sarah Waters, ale przenosząc akcję do okupowanej przez Japonię Korei lat 30. Połączenie niby egzotyczne (jak architektura rezydencja Lady Hideko - "oddająca cześć angielskiemu kolonializmowi i japońskiej tradycji"), ale wbrew pozorom Park Chan-Wook i brytyjska pisarka mają wiele wspólnego. W swoich dziełach często oddają głos kobietom, pokazując nie tylko ich uczuciowość, ale też siłę, jaka się za nią kryje. Niecny plan fałszywego hrabiego łączy losy Lady Hideko i drobej oszustki Sookee. Mężczyzna chce uwieść i pojąć za żonę majętną Japonkę, więzioną w domu przez perwersyjnego ojczyma, a następnie umieścić ją w szpitalu psychiatrycznym, by w pojedynkę trwonić jej majątek. Hrabiemu ma pomóc w tym umieszczona w domu Lady Hideko osobista służąca. Zamiast jednak chłodno wcielać plan w życie Sookee angażuje się w bliską, bardzo zażyłą relację ze swoją panią. "Służąca" to zapewne jeden z najpiękniejszych wizualnie filmów, jakie w tym roku obejrzymy nie tylko na canneńskim festiwalu. Park Chan-Wook dopieścił w nim absolutnie każdy szczegół - detale architektoniczne, wystroje wnętrz, kostiumy, dźwięki. Z brytyjskiej powieści wyciągnął jedynie powierzchowną, acz udającą nieprzewidywalną intrygę (bo - umówmy się - to nie one decydują o sukcesie książek Waters) i tchnął w nią nowe życie. Widać to szczególnie w odważnych, ale bardzo poetyckich scenach erotycznych, nad którymi unosi się duch Nagisy Oshimy. Namiętne uczucie między kobietami faktycznie jest pełne wzajemnej fascynacji i gorącej zmysłowości. W porównaniu do ordynarnego pożądania, jakim kobiety darzą w filmie mężczyźni, nawet metafizyczne i nie z tego świata. Z "Służącej" płynie piękna puenta o wyższości uczucia nad żądzą. Jeśli jest ono prawdziwe, przechytrzy wszelkie zło.

AMERICAN HONEY
reż. Andrea Arnold
Konkurs Główny

Sposób, w jaki pokazana została Ameryka w filmie Andrei Arnold, przypomina podkoloryzowane przez instagramowe filtry zdjęcia Larry'ego Clarka ze słynnego cyklu z Tulsy. W "American Honey" najpotężniejsze mocarstwo świata to głównie mało efektowna prowincja, zamieszkiwana zarówno przez głodującą biedotę, jak i wyluzowanych bogaczy. Jej koloryt tworzą przede wszystkim ludzie, których na swojej drodze spotyka nastoletnia Star - nadziani kowboje z Teksasu, brudni pracownicy platform naftowych, eleganckie rodziny z bogatych przedmieść, smutne dzieci zaniedbywane przez dorosłych. Krnąbrna dziewczyna dołącza do grupy wyluzowanych dzieciaków, które jeżdżą po kraju sprzedając czasopisma, stosując oczywiście różne metody manipulacji. Mistrzem takowej jest Jake (zaskakująco świetny i nieładny Shia LaBeouf), który werbuje Star do ekipy i szkoli, jak zarabiać tu pieniądze. Wolny czas młodych komiwojażerów wypełniają pijackie wygłupy i głośne imprezy. To ich wersja american dream. Pochodzące przeważnie ze społecznych nizin zagubione dzieciaki w takiej grupie znajdują poczucie bezpieczeństwa i smakują wolności - właściwie na własnych zasadach. To też film o buncie. Star wybierając tułaczkę ze swoimi rówieśnikami, uciekając z domu (którego właściwie nie ma), sprzeciwia się takiej formie egzystencji. Specyfika kina drogi, jaką przyjęła Andrea Arnold, stanowi doskonałą metaforę dla wędrówki głównej bohaterki wprost w dorosłość - rozumianą jako wzięcie odpowiedzialności za siebie, samodzielne podejmowanie decyzji i dokonywanie własnych wyborów. Arnold już w "Fish Tank" pokazała, że ma niezwykłą intuicję do naturszczyków (Katie Jarvis w tym roku zagrała w "I, Daniel Blake"). Sasha Lane jako Star prezentuje się nie tylko autentycznie i świeżo, ale jest po prostu esencją "American Honey". Trudno bez niej go sobie wyobrazić. Ważnym elementem filmu jest ścieżka dźwiękowa - od najmodniejszych hip hopowych hitów, przez Calvina Harrisa i Rihannę po Bruce'a Springsteena. "No Type", "We Found Love" czy "Dream Baby Dream" (które te dzieciaki znają na pamięć) lecące w tle - z samochodowego radia lub głośników w supermarkecie - czasem mówią bowiem więcej o stanie ducha bohaterów niż długie dialogi. Integralność naturalnego aktorstwa, zdjęć i ścieżki dźwiękowej w "American Honey" pozwalają widzowi udać się w drogę razem ze Star i jej ekipą. Poczuć powiew wolności, jak i gorzki smak ich pozornie nieograniczonej niezależności.

LA DANSEUSE
reż. Stephanie di Giusto
Un Certain Regard

Debiutantka Stephanie di Giusto odtwarza magię niesamowitych spektakli Loie Fuller, próbując przestudiować fenomen oryginalnej tancerki, która podbiła modernistyczny Paryż na początku XX wieku. To film chyba z jedną z najatrakcyjniejszych obsad na festiwalu, której znakiem szczególnym jest młodość - wokalistka SoKo, Melanie Thierry, Lily-Rose Depp i Gaspar Ulliel. Każde z nich na swój sposób błyszczy na ekranie. Kulminacyjny punkt studium di Giusto to konfrontacja Fuller z wschodzącą wówczas gwiazdą Isadory Duncan. Ta pierwsza dla ekspresyjnego spektaklu poświęca zdrowie, narzucając sobie morderczy reżim treningowy. Nie posiada wrodzonego talentu czy choćby fenomenalnej urody. Duncan to jej całkowite przeciwieństwo - klasycznie piękna, pełna gracji tancerka, która urodziła się po tym, by być na scenie. Jej wszystko przychodzi łatwo i lekko. Choć to centralny i bardzo ważny dla filmu element reżyserka poświęciła mu jednak zaskakująco mało poważniejszej uwagi. Tyle samo miejsca poświęciła sensacji (dzieciństwo Fuller w Stanach, gdzie nikt nie rozumiał jej sztuki) czy melodramatu (związek z upadłym arystokratą Louisem Dorsay). Jedyne, co w "Tancerce" robi duże wrażenie to te odtworzone widowiska Fuller. Mimo że wówczas istniała już możliwość zapisania ich na taśmie, artystka się na to nigdy nie zgodziła. Twórcy filmu od początku więc musieli je ułożyć od nowa, by wyglądały możliwie najwierniej temu, jak tańczyła Loie Fuller. I tę robotę wykonali naprawdę dobrze.

TRAIN TO BUSAN
reż. Yeon Sang-ho
Midnight Screenings

Koreański blockbuster w niczym nie ustępujący amerykańskim produkcjom tego typu, a już na pewno nie rozmachem, bombastycznymi efektami specjalnymi, wartką akcją, boleśnie schematycznymi bohaterami i średnio sensownymi dialogami. W porannym pociągu z Seulu do Busan splatają się losy kilkorga ludzi, których w trakcie podróży zaskakuje informacja, iż Koreę niszczy właśnie śmiercionośny wirus, w kilka minut zamieniający ludzi w żądne krwi zombie. Szaleństwo, zaraza i histeria rozprzestrzeniają się bardzo szybko, przedostając się nawet do zamkniętego pociągu. Kto wyjdzie żywy na stacji w Busan - oczekujące dziecka małżeństwo, niedzielny ojciec i jego kilkuletnia córeczka, drużyna bejsbolistów czy dwie starsze panie pałaszujące jajka? Czy pociąg w ogóle dotrze do stacji końcowej? Jakie niespodzianki czekają na niezainfekowanych pasażerów podczas podróży? Sang-ho z pompą i "elegancją" Michaela Baya wykłada karty na stół. Płytkość tego filmu może nie byłaby zaskoczeniem, gdyby nie właśnie nazwisko reżysera. Koreańczyk to przecież autor świetnej animacji "The King of Pigs", dopracowanej wizualnie i scenariuszowo, która w Cannes miała swoją premierę kilka lat temu. Tym razem jego pociąg pojechał w kierunku taniego (acz w rzeczywistości bardzo drogiego) efekciarstwa i niskich lotów box-office'owego sukcesu.

Zaloguj się aby skomentować lub połącz przez Dołącz przez Facebook