your movie guide

Twój progres

0%

Oceniłeś 0/15 filmów. Oceń 15 więcej & sprawdź co obejrzeć dziś wieczorem!

CANNES 2017: BAUMBACH, ÖSTLUND, M. FRANCO, DUMONT (4)


THE MEYEROWITZ STORIES
reż. Noah Baumbach
Konkurs Główny

Noah Baumbach - słusznie uważany za estetycznego i mentalnego spadkobiercę tradycji mieszczańskich komediodramatów Woody’ego Allena - tworzy wypełniony subtelnym komizmem i błyskotliwą melancholią obraz pękniętej rodziny we wnętrzu. Dzieli film na mniejsze rozdziały, dedykowane praktycznie każdej osobie z rodziny Meyerowitzów. W jej centrum znajduje się senior rodu Harold, artysta w jesieni życia, przekonany o swoim niewyobrażalnym talencie, który nigdy nie został adekwatnie do swoich oczekiwań jego samego doceniony przez krytykę i publiczność. Grany przez Dustina Hoffmana rzeźbiarz wielokrotnie, często w nieciekawych okolicznościach się rozwodził, nie troszczył się o trójkę swoich dzieci, choć te w dorosłym już życiu, dźwigając brzemię traumy i niespełnienia, wiernie trwają przy ojcu nawet w obliczu choroby, która mogła by je w jakiś stopniu wyzwolić. „The Meyerowitz Stories” są w pierwszej kolejności popisem aktorskim. Wyborny jest Hoffman w roli toksycznego ojca, duet obecnie nieco wycofanych z głównego nurtu kina zgrywusów Adama Sandlera i Bena Stillera świetnie spisuje się w dramatycznych, choć nie pozbawionych nuty dowcipu kreacjach dwóch braci, żyjących z poczuciem tego, że przynoszą swoim bliskim głównie rozczarowanie (choć zgoła odmiennie potoczyły się ich losy – jeden z sukcesem rozkręcił finansową firmę z dala od krewnych, drugi porzuciwszy artystyczną karierę, poświęcił się wychowywaniu córki). Na ich tle bardzo fajnie wypadły też panie – najbardziej zaniedbana ze trójki rodzeństwa i jednocześnie najmocniej zżyta z ojcem Jean (Elizabeth Marvel) oraz Emma Thompson jako najnowsza żona Harolda, wyzwolona, wyluzowana hipiska. Nawet jeśli Baumbach podąża za dość wyeksploatowanym wątkiem o tym, że z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu, robi to z tak dużym wdziękiem i urokliwą lekkością, że ogląda się to kino z niemałą przyjemnością.

THE SQUARE
reż. Ruben Östlund
Konkurs Główny

Ruben Östlund proponuje nam wyrazistą i całkiem odważną satyrę na świat kultury wysokiej. Stawia pytania o to, czy sztuka nie zaczęła rozmijać się zbyt mocno z tym, co dzieje się tu i teraz, z prawdziwym światem, z prawdziwymi ludźmi oraz z realnymi problemami, z którymi mierzymy się współcześnie. Christian zarządza galerią sztuki współczesnej. To miejsce pod jego kuratelą ma być prawdziwą świątynią artystycznej wolności, gdzie pokazywane są dzieła odważne, skłaniające do myślenia i podejmujące aktualne, istotne tematy. W symbolicznej scenie przed bramą budynku muzeum wyburzony zostaje klasycystyczny pomnik. To właśnie nowa sztuka zastępuje tą starą dosłownie i w przenośni. Tytułowy kwadrat to jedna z kluczowych wystaw, którą organizuje Christian. W oświadczeniu artystki przestrzeń otoczona ledowym świecącym kablem tworząca idealną figurę geometryczną ma być miejscem, gdzie wszyscy mają równe prawa i obowiązki. Autorce zależy, by nie tylko przywrócić egalitarne idee społeczeństwu, ale też odbudować w ludziach poczucie bezpieczeństwa i wzajemnego zaufania. Te szczytne założenia mocno jednak kłócą się z obrazami codzienności. Mijaniem ludzi bezdomnych i potrzebujących przez ludzi w eleganckich garniturach, właściwie ich nie zauważając. To rzeczywistość na ulicach europejskich miast, gdzie bieda i brzydota stają się praktycznie niewidzialne. Warto zauważyć, że Östlund w swojej krytyce wygodnego życia eleganckich mieszczuchów nie grzeszy szczególną oryginalnością. Ciekawie robi się dopiero wtedy, gdy Christian ściera się niebezpośrednio z kieszonkowcami, którzy ukradli jego rzeczy. Nie potrafi wskazać winnych, więc oskarża większą grupę, po odzyskaniu rzeczy nie podejmuje nawet próby, by skontaktować się z tymi, których bezpodstawnie oskarżył. Choć okazuje się, że niektórzy ponieśli konsekwencje jego oszczerstw... (czytaj całość)
LA HIJAS DE ABRIL
reż. Michel Franco
Un Certain Regard

Po „Córkach April” stało się jasne to, co było wiadomo od czasu dość sensacyjnej nagrody Un Certain Regard przyznanej Michelowi Franco w Cannes w 2013 roku. Meksykański reżyser to jeden z największych talentów we współczesnym kinie. Ma on taki specyficzny styl narracji, sugerujący, że oglądamy jego bohaterów z pewnego, spokojnego dystansu, jakby przez szybę, co ma nadać naszej obserwacji charakter bardziej zobiektywizowany i chłodny. To jednak tylko pozory, bo opowiadane przez Franco historie angażują widza nieustannie, burząc jego wewnętrzny komfort, poczucie bezpieczeństwa, budząc w nim jednocześnie irytację, złość i współczucie wobec poczynań bohaterów. Dokładnie tak działają „Córki April” – opowieść o przebojowej matce i jej dwóch prawie dorosłych córkach. Valeria spodziewa się dziecka ze swoim nastoletnim chłopakiem. To młoda, naiwna dziewczyna, ale pełna dobrych chęci i autentycznie podekscytowana faktem, że na świat przyjdzie jej dziecko. Mieszka ze starszą siostrą w domu przy plaży, który należy do ich matki. Clara sprawia wrażenie osoby apatycznej i zakompleksionej, ale dość zaradnej. Gdy dziewczyny przez dłuższy czas unikają kontaktu z April, ta wpada w odwiedziny. Kobieta sprawa wrażenie najbardziej zatroskanej, czułej matki na świecie, rozumiejącej swoje córki i wspierającej je na każdym kroku. Czy to przy nieplanowanej ciąży i trudach rodzicielstwa w bardzo młodym wieku (Valeria), czy to motywując do zmiany diety i zdrowszego trybu życia (Clara). Od tak kompleksowej opiekuńczości prowadzi jednak dość prosta droga do stopniowego przejmowania kontroli nad życiem córek. Niekoniecznie w zgodzie z ich pragnieniami i temperamentem. Franco wybornie buduje portrety trzech, niezwykłych kobiet i skomplikowaną sieć relacji między nimi, prowadzącą do coraz bardziej zaskakujących zdarzeń w ich życiu. Nawet gdy zbliża się zbyt blisko do telenowelowej estetyki, psychologiczna głębia tej historii i jej bohaterek neutralizuje te wątki. Absolutnym zjawiskiem w „Córka April” jest znana z „Julietty” Emma Suárez, która wciela się w rolę matki Valerii i Clary. Franco podczas prezentacji swojego dzieła w Cannes powiedział, że to jedna z największych aktorek świata. Swoją wielką kreacją w jego filmie Hiszpanka tylko potwierdziła jego słowa.

JEANNETTE, L'ENFANCE DE JEANNE D'ARC
reż. Bruno Dumont
Quinzaine des Realisateurs

Swoją przygodę z telewizją Bruno Dumont rozpoczął naprawdę spektakularnie. "Mały Quinquin" był wydarzeniem sezonu i osiągnął spory sukces. Groteskowo zabawny mini serial stworzony przez twórcę uchodzącego do tej pory za raczej, poważnego filmowego filozofa doskonale został przyjęty przez publiczność i krytyków. Związek Dumonta z telewizją nie okazał się bynajmniej przelotnym romansem. Po wiejskim kryminale Francuz w tej konwencji postanowił opowiedzieć o dzieciństwie Joanny D'Arc. Najnowsza produkcja Francuza sięga po wiele elementów, które zaskoczyły przy "Małym Quinquin", ale ma jedną, podstawową wadę - geneza jej powstania mogłaby być taka: Bruno, masz tu garść zaskórniaków, zrób za to film. Musical o dzieciństwie Joanny D'Arc wygląda wyjątkowo biednie i nędznie. Kręcony był praktycznie w jednej lokalizacji, z bardzo ograniczoną ekipą aktorską (może też techniczną?), której zadaniem - w tym przede wszystkim dwóch młodych odtwórczyń głównej roli - było śpiewanie dziwnych, rockowych, ciężkawych piosenek religijnych, robienie pogo i wykonywanie dziwnych ruchów tanecznych. Od słuchania tego więdły trochę uszy, a od oglądania bolały oczy. Kino Bruno Dumonta nie powinno wyglądać, jak teledysk Arki Noego finansowany z kieszonkowego jej członków.

Zaloguj się aby skomentować lub połącz przez Dołącz przez Facebook