your movie guide

Twój progres

0%

Oceniłeś 0/15 filmów. Oceń 15 więcej & sprawdź co obejrzeć dziś wieczorem!

Chłopięcy świat

Nie miałam zamiaru wypowiadać się o „Dziecku Apokalipsy”, bo ze wszystkich ośmiu tytułów, które miałam okazję zobaczyć na tegorocznych Pięciu Smakach, filipiński film podobał mi się zdecydowanie najmniej. Jednak otrzymał on główne wyróżnienie na festiwalu, przyznawane przez grupę młodych miłośników kina wchodzących w skład pięciosmakowego People’s Jury, czego totalnie nie rozumiem.

Prezentowane na Pięciu Smakach kino nie należy do moich ulubionych. Czuję, że z azjatyckimi twórcami dzieli mnie duży dystans – przede wszystkim kulturowy. Często nie odbieram tych filmów pewnie tak, jak powinnam, bo tradycja i doświadczenia tych filmowców są mi po prostu obce. Ale to nie znaczy, że nie fascynuje mnie niespieszne kino Lava Diaza czy Tsai Ming-lianga (dla przeglądu kinematografii tego pierwszego kupiłam nawet roczny abonament na Mubi), że czasem nie chwytają mnie za serce proste historie Hirokazu Koreedy czy nie daję się uwieść mistycyzmowi Apichatponga Weerasethakula. Do grona moich ulubieńców przebojem wdarł się ostatnio Hong Sang-soo, ale jego filmy mają więcej wspólnego z estetyką Nowej Fali niż z koreańską, czy nawet szerzej azjatycką, tradycją filmową. Jeśli chodzi o kino, cała Azja to region, oferujący niezwykle bogatą, różnorodną ofertę.

Nowe Kino Azji – konkursowa sekcja Pięciu Smaków być może prezentuje to bogactwo w dość ograniczonej formie, bo np. z dość logicznych względów odrzuca z rywalizacji kino docenionych mistrzów pokroju Siona Sono czy wspomnianego Honga Sang-soo, rezerwując dla nich miejsce w innych sekcjach festiwalu. W tym roku jednak konfrontując nowe dzieła Japończyka i Koreańczyka, widać było, że z tymi czasem młodszymi, ale głównie mniej doświadczonymi dzieli ich jednak spory dystans. Pewien wyjątek stanowi tutaj postać Nawapola Thamrongrattanarita. 32-letni reżyser z Tajlandii w przeszłości już wygrał pięciosmakowy konkurs, od czasów „36” dając się poznać jako jeden z najciekawszych głosów w azjatyckim kinie. Ostatnie dzieła Thamrongrattanarita są nie tylko świeże i przebojowe, ale też skupiają się na ważkich problemach współczesnego świata, ze swoimi spostrzeżeniami wychodząc daleko poza tajską rzeczywistość. „Atak Serca” wszystko to potwierdza.

A co z tym „Dzieckiem Apokalipsy”? To film stworzony z serca przez parę sympatycznych, kreatywnych ludzi, oddanych swojej pracy i filmowej pasji. Mario Cornejo i Monster Jimenez obiecywali, że „Dziecko Apokalipsy” to dla nich samych bardzo ważna fabuła. Opowiadać miała ona o doświadczeniu rodzicielstwa, a dokładniej ojcostwa (w trakcie prac nad filmem Mario i Monster zostali rodzicami), o skomplikowanym odkrywaniu, czym jest filipińska tożsamość, a w dalszej kolejności także o seksie i surfowaniu (tak powiedzieli!). Ostatecznie niewiele z tego w ich dziele odkryłam.

Tytułowym dzieckiem Apokalipsy jest trzydziestokilkuletni Ford – bumelant i podrywacz z malowniczego miasteczka surferów Baler, gdzie kilka dekad wcześniej kręcono kultowy „Czas Apokalipsy”. Imię głównego bohatera nie jest przypadkowe. Otóż od lat jego matka utrzymuje, że jako 13-letnia dziewczynka wdała się w namiętny romans z jednym z członków ekipy filmowej (kim konkretnie – możemy zgadywać właśnie po imieniu jej syna), zaś owocem tej miłości jest Ford. Ostatecznie historia jego poczęcia okazuje się dużo bardziej prozaiczna i niewesoła, ale wszyscy wokół lubią pielęgnować tę rodzinną iluzję. Być może to brak ojca sprawił, że mężczyzna pozostał wiecznym chłopcem, oddającym się surfowaniu, dorywczo uczącym tego sportu turystów i ewentualnie uwodzącym swoje wakacyjne uczennice. Z jedną z nich, Fioną, aktualnie tworzy uroczy i – zdaniem matki – dość poważny związek. To lato ma być jednak inne niż wszystkie. Do miasta wraca przyjaciel Forda z dzieciństwa, z którym bohater dzieli traumatyczne doświadczenie „opiekuńczości” ojca tego drugiego. Rich przez niego niemalże stracił słuch w jednym uchu, zmuszony był porzucić surfowanie, ale za to skończył prestiżową uczelnię w Stanach, został deputowanym do parlamentu, a do Baler powrócił, by wziąć ślub ze swoją piękną narzeczoną, Sereną. Ford i Rich mają nie powyjaśnianych wiele spraw między sobą, ale te ich przepychanki nie sprawiają wrażenia bolesnych prób radzenia sobie z traumą. To raczej taka walka kogutów, z których każdy popisuje się swoją męskością. Temu też podporządkowane są ich partnerki. Niby mają one jakieś rysy charakterologiczne i przeszłość za sobą – Fiona w Baler opiekuje się umierającą babcią (choć patrząc na to, iż całe dnie spędza w łóżku z Fordem, ciężko to sobie wyobrazić), a Serena kiedyś straciła dziecko – pełnią one raczej rolę toys for big boys. To, czy Ford odbije przyjacielowi narzeczoną, w pewnym momencie staje się kluczową zagadką filmu. Panowie sporo rozmawiają o przeszłości, ale są to dyskusje bardzo płytkie i puste. Spontaniczne, ale wyrwane z wiarygodnego kontekstu, nie niedopowiedziane, ale skrótowe. Te sytuacje pasują bardziej do opery mydlanej niż rasowego dramatu psychologicznego. Ciągle mam w głowie genialny „Manchester By The Sea”, przejmującą prostotę tamtej historii o bolesnej przeszłości, nie jestem więc w stanie traktować na poważnie niskiego poziomu emocji w „Dziecku Apokalipsy”. Mario Cornejo namnożył tu tyle wątków, że aby się z nich sensownie wyplątać, musiałby stworzyć wieloodcinkowy serial.

Włączając do filmu bardzo lokalną legendę z „Czasem Apokalipsy” w roli głównej, rozumiem, że twórcy chcieli zarysować taki oto kontekst: historia Filipin to w pewnym sensie niekończąca się opowieść eksploatacji miejscowej ludności przez przyjezdnych – od hiszpańskiego kolonizatora po amerykańską fabrykę snów. Wielkie oczekiwania i zawiedzione nadzieje, pozostawiające kraj i jego mieszkańców na rozdrożu, z problemami i traumami do przetrawienia, co zdaje się wpływać na świadomość Filipińczyków nawet w czasach obecnych. To w sumie najciekawsza refleksja, jaka wypływa z filmu Cornejo.

By zmiękczyć ciężar gatunkowy filmu, miejsce jego akcji to słoneczna, ponętna, wakacyjna miejscowość. Sielska i miła, zdystansowana wobec krajowych problemów, które zapewne byśmy zobaczyli, gdyby Baler zamienić z Manilą. Kuriozalne natomiast jest owe surfujące tło. Na poziomie czysto deklaratywnym, dodanym z niewiadomych powodów, pozostaje historia rywalizacji Forda – starego mistrza – z pojawiającym się na ekranie ze dwa razy przez kilka sekund jego dużo młodszym następcą. Samego Forda na desce też widzimy tylko raz, w finale filmu, za to możemy podziwiać w akcji jego piękne, pojętne uczennice – Fionę i Serenę. Ciekawe, czy Mario Cornejo widział kiedyś „Wielką Środę” – poruszającą i przenikliwą, nostalgiczną opowieść o tym, jak wojna rozbija idylliczną egzystencję małego środowiska surferów z Kalifornii. Zobaczyłby wówczas, jak należy zabierać się za tego typu sprawy.

„Dziecko Apokalipsy” to film o wszystkim i o niczym jednocześnie. O zemście i pojednaniu, o godzeniu się z losem i przeszłością, o tym, że kobiety w świecie dużych chłopców mają znaczenie drugorzędne, bo na pierwszym miejscu jest zawsze ich męska przyjaźń. Mogę uwierzyć, że można było dać się uwieść ładnej warstwie wizualnej filmu, jego słonecznemu klimatowi, sielankowym kadrom, ale to za mało. Wyróżnienie filipińskiej produkcji na Pięciu Smakach to dowód na to, że w tym roku nietrafne decyzje podejmują nie tylko prestiżowe, jurorskie gremia jak to w Cannes, ale też te lokalne.

Oj tam zaraz nietrafna decyzja. :) Chciałam zauważyć, że ten film podobał się także organizatorom, których trudno oskarżyć o młody wiek, brak doświadczenia czy brak obeznania z materią filmową. Z tym, że "Dziecko apokalipsy" Ci się nie podobało, nie polemizuję, bo od razu wiedziałam, że to nie Twoja bajka.

.

A na festiwalu był jakiś film, który nie podobał się organizatorom?:)

.

Odniosłam wrażenie (między innymi słuchając zachwytów Jakuba Królikowskiego przed naszym seansem), że ten film należał do tych, które podobały się szczególnie.:)

.

Zaloguj się aby skomentować lub połącz przez Dołącz przez Facebook